Izabela Janiszewska - "Zamknięte w lodzie"



Powieściowy prolog zapowiada tajemnicę, która wyjaśni się dopiero pod koniec książki. Potem mamy zdarzenia, które rozgrywają się kilkadziesiąt lat później. Znów, jak w prologu, jest zima. Wiadomo, śnieg może zatrzeć ślady, ale i je uwypuklić. 

Tajemnicze, trochę nieoczywiste, samobójstwa bada aspirantka Anita Bauer, która, ku swej uciesze, przeszła z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Niby na początku ma tylko asystować, ale szybko zaczyna sama podejmować decyzje, włączać się w działania swoich kolegów, wręcz ukrywać. Komisarz Borys Łada, z którym wcześniej łączyła ją bliska więź, przestrzega ją przed samowolnym działaniem, ale dzielna aspirantka nie bierze sobie tego do serca. Zaczyna prawie samodzielnie prowadzić śledztwo, włączając w nie psychologa Macieja Wajdę.

Przyznaję, że pomysł na kryminał jest. Co prawda dość mocno to wszystko zagmatwane, ale w sumie dąży ku rozwiązaniu. Można też dowiedzieć się nieco o tzw. fudze dysocjacyjnej.

W czym widzę problem? Otóż, mam wrażenie, że autorka zanadto koncentruje się na mało znaczących detalach. Nic nie wnoszą opisy "śniegu spływającego miękko z nieba", po których to opadach "Warszawa zaczynała wyglądać jak ciasto posypane cukrem pudrem", "zapachu zwietrzałego płynu do podłóg wymieszanego z wonią wilgoci", "czarnego nieba" itd., itp.

Bohaterowie też często wykonują czynności, które nie są istotne w przebiegu akcji, a wydają się po prostu zapełnianiem kolejnych stron. Czy to takie istotne, że kelner "cmoknął, jakby wysysał spomiędzy zębów resztki jedzenia", a Anita "po kilku minutach łapczywie wbiła zęby w kanapkę". To tylko niewielki przykład "wypełniaczy".
Wolę, gdy autorzy kryminałów koncentrują się na śledztwie, nie na tym, że aspirantka chce kupić lodówkę.

Przeszkadzał mi w tej książce język, jakiś sztuczny, z wyszukanymi sformułowaniami, które mają chyba podkreślić emocje bohaterów, ale policjanci to raczej powinni być opanowani. Tymczasem Anita Bauer "obgryza suche skórki z warg", mało tego "obgryzała resztki tego, co zostało z jej paznokci". Straszne!!! Jej "ciało ogarnia chłód", a "umysł przeszywa dźgnięcie lęku", zaś "w jej głowie niczym w ulu brzęczały dziesiątki myśli". Wcześniej już komuś "w głowie eksplodowały dziesiątki myśli", a nawet " w mózgu Wyki eksplodował "koktajl adrenaliny i kortyzolu", z kolei "koktajl trwogi popłynął żyłami Marianny".
Litości!! Nie można prościej, zwyczajniej, bez takich "ozdobników".

Przeczytałam w 2024 roku "Ludzi z mgły" Janiszewskiej, też nie bardzo mi odpowiadała ta książka.
Myślę, że na "Zamkniętych w lodzie" zakończę "przygodę" z tą autorką.

Komentarze