Agnieszka Pajączkowska - "Wędrowny Zakład Fotograficzny"


Młoda kulturoznawczyni, twórczyni projektów fotograficznych, kulturalnych i edukacyjnych przez pięć kolejnych letnich sezonów, począwszy od 2012 roku, wyrusza volkswagenem transporterem z wysokim kempingowym dachem na tereny pograniczne. Wędruje po miejscowościach przy granicy z Litwą, Białorusią, Ukrainą i Rosją, trafia też na Dolny Śląsk.

We wstępie zaznacza, że „to nie fotografia była celem, ale bycie w drodze”. Robienie zdjęć jest tu jednak bardzo ważne, Agnieszka Pajączkowska proponuje napotkanym ludziom „zdjęcie w zamian za spotkanie i rozmowę”. Ponieważ nie chce pieniędzy, często jest obdarowywana przetworami, owocami, warzywami, zaprasza się ją na wspólny obiad.

Ze spotkań z osobami zamieszkującymi odwiedzane tereny rodzą się opowieści zamieszczone w książce. Najczęściej są to ludzie w podeszłym wieku; pamiętają lata sąsiedzkiego bytowania z Ukraińcami, Żydami, Białorusinami, wspominają ucieczkę przed rzezią, przesiedlenia, kształtowanie się nowych granic. Padają słowa: „Granica była prostowana kilka razy, namieszała ludziom w życiorysach”.

Agnieszka Pajączkowska słucha bardzo uważnie i to jest niezwykle istotne dla tych ludzi, którzy żyją tam samotnie, bo dzieci wyjechały do miasta albo za granicę. Niekiedy ma też wrażenie, że opowiadane historie są powtarzane wielokrotnie. Jedna z kobiet przyznaje, że „trzech studentów wyuczyła tak, że dyplomy napisali”.

Czytelnik również czasem odnosi wrażenie, że poznaje znów bardzo podobną opowieść. Może i tak jest, bo przecież czytamy i oglądamy różne historie z tamtych stron. Kiedyś te tematy były raczej cenzurowane i przemilczane. Po zmianach ustrojowych sięgnęło po nie wielu twórców. Autorka dociera, jak już wspomniałam, i na Dolny Śląsk, bo tam przecież trafiło wielu przesiedleńców z tzw. Kresów Wschodnich. Ludzie podkreślają w rozmowach: „My tu nie przyjechaliśmy, nas tu przywieźli i lepiej to sobie zapamiętaj”.

Agnieszka Pajączkowska podchodzi do spotkań z napotkanymi ludźmi z życzliwością i wyrozumiałością, nie naciska, gdy ktoś nie chce zdjęcia i rozmowy. Jej odczucia w większości są odwzajemniane, choć zdarza jej się spotykać i z wrogością. Często ma to miejsce przy okazji spotkań z mężczyznami, ich komentarze, jak mówi o tym w wywiadzie, „czasem były zabawne i miłe, o wiele częściej seksistowskie i wulgarne”.

W sumie to należą jej się słowa uznania za te samotne wyprawy, tylko czasem towarzyszy jej koleżanka, z czasem też piesek Cukier. Poradziła sobie bardzo dobrze. Przekonała się też, że oferta Wędrownego Zakładu Fotograficznego faktycznie spotyka się z autentyczną potrzebą. Ma możliwość sprawienia ludziom wielkiej radości, a nawet wzruszenia, gdy oglądają od razu swoje zdjęcie.

Zdarzają się w książce i niezwykłe  historie, gdy np. okazuje się, że autorka spotkała we wsi pod Terespolem Jana, lat 94, zaś na Dolnym Śląsku rozmawia z Michaliną, też liczącą sobie ponad 90 lat, która go znała, bo stamtąd właśnie pochodziła. Kobieta mówi wzruszona: „Nas teraz dzieli 70 lat, odkąd my się widzieli, i 700 kilometrów”.

Czyta się te historie z zainteresowaniem, choć z kolejnymi stronami ma się wrażenie pewnej powtarzalności i podobieństwa. Charakterystyczne jest to, że bohaterki i bohaterowie wspominają czasy, gdy byli młodzi jako okres biedy, ale i zabawy, sąsiedzkich i serdecznych spotkań, mimo różnic narodowych i religijnych. Teraz siedzą na ławeczkach przed swoimi domami, czasem we wsiach, w których latem mieszka siedem osób, a zimą trzy.

Autorka utrwaliła ten świat, o którym jeden ze starych ludzi mówi: „tam żywych nie spotkasz, tam nawet wrony zawracają”. Są w książce zdjęcia z tamtych terenów, nie ma na nich twarzy, bo to obiecała Pajączkowska fotografowanym. Są za to stare chaty, sznur z suszącą się bielizną, zbliżenie starych dłoni dotykających fasoli, są stare zdjęcia, portrety ślubne. Jest zdjęcie lasu posadzonego na miejscu wiosek, które przestały istnieć.

Twórczyni projektu fotograficznego przybliża czas, który minął, mija, szuka opowieści, nie weryfikuje informacji, nie ocenia. Zaznacza, że jej książka to „pudełko ze zdjęciami, którego zawartość wysypuje się na stół i bierze do ręki w dowolnej kolejności”. Warto zajrzeć do tego pudełka, a może przy okazji i do swoich zdjęć. Kto wie, czy i w nich nie kryją się ciekawe historie.

 

Komentarze