Mroczna okładka wprowadza mnie w ciemność, pozostaję w niej do końca powieści. Tu nawet w dzień słońce jest "ponure i blade", rozpadające się domy "pogrążone są niemal w całkowitej ciemności".
Błoto, muł, piach, pył, kurz; dwójka bohaterów w łachmanach, boso, przemierza, niezależnie od siebie, amerykańskie drogi "gdzieś w zakątkach Appalachów".
Rinthy Holme szuka swego synka, jej brat Culla rusza, by ją odnaleźć. Ich wędrówka od początku zdaje się nie mieć kresu i pozytywnego rozwiązania.
Na swej drodze spotykają przeróżnych ludzi, dziwnych, niepokojących, budzących strach.
Grozę wywołuje trzech jeźdźców podążających śladem bohaterów. Niosą ze sobą zło, zostają po nich trupy wiszące na drzewach.
Ludzie w powieści czasem proponują Cullowi pracę, nocleg, pożywienie, bywa, że i Rinthy też tego doświadcza, ale tak naprawdę ich los nikogo bliżej nie interesuje. Po krótkich przystankach muszą ruszać dalej, niekiedy uciekać.
Symboliczna, mroczna powieść z postaciami jak z antycznej tragedii momentami przypominała mi "Drogę". Tam jest już po apokalipsie, tu wciąż przed, a może i w trakcie...
Mało nadziei i dobra jest u McCarthy'ego, świat ma tu bardzo ciemne barwy.
"Żyjemy w okrutnych czasach"-mówi Rinthy, a druciarz jej odpowiada: "Okrutne czasy to okrutne ludzie".
Ten okrutny świat oddaje pisarz odpowiednimi obrazami, ziemia tu często kamienista, pajęczyny czarne, mgła bezdenna, w opuszczonym domu na starym materacu leży zdechły kot.
Wiele scen na długo zostanie ze mną; niesamowite obrazy pędzenia świń i ich spadanie ze skarpy, żucie mięsa niewiadomego pochodzenia przy ognisku nocą i rozmowa "o rzeczach, którym lepiej nie nadawać nazwy".
Bohaterowie posługują się prymitywnym językiem obnażającym dodatkowo ich nędzę i wykluczenie.
Podążałam za bohaterami, podziwiając okrutne piękno mijanych przez nich krajobrazów, przejmująco oddane mistrzowskim piórem amerykańskiego pisarza.
Mroczna okładka wprowadza mnie w ciemność, pozostaję w niej do końca powieści. Tu nawet w dzień słońce jest "ponure i blade", rozpadające się domy "pogrążone są niemal w całkowitej ciemności".
Błoto, muł, piach, pył, kurz; dwójka bohaterów w łachmanach, boso, przemierza, niezależnie od siebie, amerykańskie drogi "gdzieś w zakątkach Appalachów".
Rinthy Holme szuka swego synka, jej brat Culla rusza, by ją odnaleźć. Ich wędrówka od początku zdaje się nie mieć kresu i pozytywnego rozwiązania.
Na swej drodze spotykają przeróżnych ludzi, dziwnych, niepokojących, budzących strach.
Grozę wywołuje trzech jeźdźców podążających śladem bohaterów. Niosą ze sobą zło, zostają po nich trupy wiszące na drzewach.
Ludzie w powieści czasem proponują Cullowi pracę, nocleg, pożywienie, bywa, że i Rinthy też tego doświadcza, ale tak naprawdę ich los nikogo bliżej nie interesuje. Po krótkich przystankach muszą ruszać dalej, niekiedy uciekać.
Symboliczna, mroczna powieść z postaciami jak z antycznej tragedii momentami przypominała mi "Drogę". Tam jest już po apokalipsie, tu wciąż przed, a może i w trakcie...
Mało nadziei i dobra jest u McCarthy'ego, świat ma tu bardzo ciemne barwy.
"Żyjemy w okrutnych czasach"-mówi Rinthy, a druciarz jej odpowiada: "Okrutne czasy to okrutne ludzie".
Ten okrutny świat oddaje pisarz odpowiednimi obrazami, ziemia tu często kamienista, pajęczyny czarne, mgła bezdenna, w opuszczonym domu na starym materacu leży zdechły kot.
Wiele scen na długo zostanie ze mną; niesamowite obrazy pędzenia świń i ich spadanie ze skarpy, żucie mięsa niewiadomego pochodzenia przy ognisku nocą i rozmowa "o rzeczach, którym lepiej nie nadawać nazwy".
Bohaterowie posługują się prymitywnym językiem obnażającym dodatkowo ich nędzę i wykluczenie.