Marta Hermanowicz - "Koniec"

Debiutancka książka Marty Hermanowicz to opowieść o pewnej rodzinie, głównie o jej żeńskich przedstawicielkach. Historia, która zaczyna się na Wołyniu we wsi Chrobrowicze, wyznacza kolejne przystanki odmierzane latami wojny i powojnia.
W "Końcu" nie ma jednak chronologii, przeplatają się daty, miejsca, osoby, obrazy, zdarzenia. Znaczące są dwie postaci, Malwina i jej babka Lotka, która doświadczyła wywózki na Syberię. Wnuczka śni jej sny. Poznajemy "sielskie" życie na Kresach, nieludzkie warunki łagrowej egzystencji, wędrówkę z armią Andersa i wreszcie życie na terenach poniemieckich w Nowej Soli.

Mogłabym uznać, że przecież te wszystkie tematy znam, opisywano je wiele razy. Jednak w prozie Hermanowicz znajduję nowe spojrzenie. To przede wszystkim kwestia traumy transgeneracyjnej. Autorka bardzo ciekawie mówi o tym w wywiadzie w radiowej Trójce. Podobno trauma może trwać do trzeciego, a może i do czwartego pokolenia. Pewnie warto by tu sięgnąć i do książki Michała Bilewicza "Traumaland".

Emilia, Lotka, Halina, Urszula, Malwina, to kolejne kobiety w rodzinie, które starają się jakoś egzystować, bronić się przed okrutnym życiem. Narratorka w powieści mówi: "Nie ma gorszej kary niż życie". Można szukać pocieszenia w modlitwie i w Bogu, ale i tu padają słowa, że "może Bogu starcza czasu tylko na sprawy wielkie jak Poczdam czy Jałta..." W nawiązaniu zaś do znanej pieśni przeczytamy: "Boże, coś Polskę przetransportował".

I tu przejdę do języka powieści, ten bowiem jest dla mnie jej najmocniejszą stroną. By pokazać świat żywych, i równie ważny świat umarłych, autorka posłużyła się niezwykle barwnym i emocjonalnym językiem. Pełno w nim wulgaryzmów, rusycyzmów, dziecięcych wyliczanek, powiedzonek i wierszyków; są słowa hymnu narodowego i modlitw. Są ze sobą brawurowo łączone, pojawiają się wielokrotnie, zaskakują.
Malwina śniąca wciąż przeszłość mieszka na osiedlu Przyszłość, gdy mija Świebodzin, słyszy, że "w powietrzu czuć Boga", w Nowej Soli jest moc poniemieckich rzeczy, nawet "obraz poniemieckiej Matki Bożej", a "wszystkie umlauty trzeba było wypędzić z domu".

"Koniec" nie jest łatwą lekturą, trudne, mroczne są losy Malwiny, jej matki, babki, prababki, tych, którzy zostali w drodze do i z "pięćdziesiątego drugiego zakątka", albo i tam, w mrozach i śniegach Syberii.
Kto ponosi winę za ich dramatyczne życie? Padają oskarżenia pod adresem bliskich, Polski czy też laszacichy, demonicznej leśnej wiedźmy: "Laszacicha capnęła mnie , nigdy nie wrócę do swojego ciała ani domu".
"Wszystko się skończyło, nawet koniec".
Po tak obiecującym debiucie będę wypatrywać następnej książki Marty Hermanowicz.

Komentarze